Scena trochę jak z tandetnego filmu amerykańskiego...stoje na klife pod morzem którego fale udrzeją cały czas o skałę a szum zagłusza ciszę która potrafiła by się dać we znaki każdemu gdyż nawet mewy tutaj nie przylatywały. Byłem zupełnie sam...z żywiołem. Siedziałem na samym skraju ze swoją lutnią w dłoni. Wpatrywałem się...myślałem. Przecież moje dłonie nie zasługują by grać piękną muzykę...nie zasługują...wyrzuciłem instrument. Tylko by mnie dręczył moją marnością. Każda nuta wydobyta z tego instrumentu tylko zaciskała węzeł z ciernistych krzewów na mym sercu sprawiajac, że krawiłem coraz bardziej. Obok zaraz leżał miecz...miałem walczyć? Nie umiem się nawet nim posługiwać...ironiczne prawda? Wciskają samozwańczemu grajkowi taki oręż, każą mu walczyć niewiadomo za co...po co. Niezależnie jak chciałem i tak tylko hańbiłem te broń...też ją wyżuciłem...a co ze mną samym? Też siebie chciałem wyrzucić. Dość mam ran na swym ciele...dosyć swoich i innych ran które na siebie przyjmowałem. Lubie ból...chore prawda? Może dla Ciebie...ja to wręcz pokochałem. I nie obchodzi mnie nic innego. Po prostu to chce...nie zamierzam wyjść z tego nałogu. Opętał mnie...
"Co tak patrzysz? Rzuć się...rzuć powiadam!"
Głos niczym burza rozbrzmiewał w mej głowie grzmiąc niemiłosiernie. Skuliłem się w kłębek starając się wyciszyć...nadarmo. On tylko krzyczał, wrzeszczał jak potępieniec, że chce moją dusze...czeka tam na mnie w dole. Odszedłem do klifu. Wpatrywałem się w to samo miejsce przerażony jakbym ujrzał demona...może faktycznie tam był? Albo to po prostu moje urojenia? Może...może...sam już nie wiem. Rzuciłem się do ucieczki, wprost do lasu. Szukajac schronienia między drzewami...chcąc znaleźć jakąś samotnie. Na póżno...na próżno. Głos był coraz bardziej donośny. Krzyczał, że i tak mnie dorwie...nie mam co uciekać, że mam się podać jego mocy. Nie...nie chciałem...